Nie planowałem tego. Serio. Siedziałem w wynajętym pokoju na obrzeżach Wrocławia, trzeci tydzień po przeprowadzce, z pudłami, których nawet nie rozpakowałem, i z telefonem, który grzał mi dłoń od przeglądania głupich filmików. Praca nie szła, związek się rozpadł, a ja zamiast jakoś to ogarnąć, po prostu uciekałem od rzeczywistości, jakbym był mistrzem świata w unikaniu własnego życia. Wtedy trafiłem na vavada casino, zupełnie przypadkiem, klikając w jakąś reklamę, która wyskoczyła mi między memem a prognozą pogody. Szczerze? Na początku myślałem, że to kolejna ściema. Ale w środku nocy człek nie myśli trzeźwo, więc pomyślałem: a co mi tam, sprawdzę.
Pierwszy wieczór był katastrofą. Nie w sensie wielkich pieniędzy, bo wpłaciłem tylko tyle, ile wydałbym na pizzę i piwo. Ale emocjonalnie — czułem się jak idiota. Klikałem, wygrywałem drobne, przegrywałem wszystko, potem znowu wpłacałem. Krótkie spięcia, długie minuty ciszy, w których słyszałem tylko własne serce i szum lodówki. Siedziałem w samych skarpetkach na łóżku, z kubkiem zimnej herbaty, i gadałem do siebie: no i po co ci to, stary? Uciekasz w jakieś piksele, bo boisz się otworzyć puszkę z listem od byłej? Naprawdę? I właśnie wtedy, gdzieś między trzecim a czwartym zakładem, dotarło do mnie, że to nie jest żadna ucieczka. To jest przerwa. Oddech. Coś, co zajmuje ręce, kiedy głowa chce się rozpaść.
Zacząłem grać inaczej. Nie na siłę, nie z zaciętą miną hazardzisty, tylko tak, jak się gra w karty z kumplami przy jednym stoliku. Bez spiny. Zauważyłem, że kiedy przestajesz się modlić o wielką wygraną, wszystko robi się jakoś lżejsze. Wygrałem kiedyś dwadzieścia złotych na jakimś automacie i śmiałem się do ekranu jak dzieciak, bo dokładnie tyle kosztował mnie wtedy bilet na tramwaj, którego nie kupiłem, idąc piechotą przez pół miasta. Głupie, prawda? A jednak. Innym razem przegrałem trzy razy z rzędu i zamiast się wściekać, po prostu wyłączyłem laptopa i poszedłem zrobić jajecznicę. I to była dla mnie nowość, bo jeszcze miesiąc wcześniej potrafiłem się nakręcać do trzeciej nad ranem.
Nie chcę tu opowiadać bajek, że nagle stałem się zen i wszystko ogarniam. Nie. Nadal mam wieczory, kiedy czuję to ukłucie w środku, ten niepokój, który chce mnie z powrotem wciągnąć w stary schemat. Ale teraz mam coś, co mnie z tego wyciąga — i to nie jest bynajmniej kasyno. To świadomość, że mogę wejść, zagrać pół godziny, pośmiać się z własnej głupoty i wyjść. Bez dramatów. Bez pustego konta. Bez wstydu. Kiedyś myślałem, że uciekam od życia, ale tak naprawdę uciekałem tylko od siebie. A kiedy przestałem się bać własnych myśli, okazało się, że
vavada casino to po prostu miejsce w internecie, nic więcej. Ani zbawienie, ani przekleństwo. Ot, kawałek rozrywki, który może być całkiem przyjemny, jeśli nie traktujesz go jak terapii.
Dziś jest czwartek, świeci słońce, a ja w końcu rozpakowałem te cholerne pudła. W jednym znalazłem stary notes z listą rzeczy, które chciałem zrobić przed trzydziestką. Śmieszne, ale kilka punktów już odhaczyłem — i żaden z nich nie był związany z automatami. A jednak to właśnie tamte nocne kliknięcia, te drobne wygrane i głupie wpadki nauczyły mnie jednego: że ucieczka nie polega na tym, gdzie jesteś, tylko na tym, przed czym uciekasz. Ja już nie uciekam. Przynajmniej nie dziś. I to jest chyba najlepsza wygrana, jaką mogłem sobie sprawić — nawet jeśli nie miała żadnego mnożnika.